‹‹ poprzedni artykuł   strona główna   następny artykuł ››
Przemocą w rodzinę

Wśród wielu zagrożeń dla współczesnej rodziny, od 1. sierpnia na czoło wysunęło się zagrożenie ze strony państwa. Stało się to za sprawą podpisanej niedawno przez miłościwie sprawującego obowiązki prezydenta ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, którą nazwać należałoby raczej ustawą o stosowaniu przemocy wobec rodziny. Ustawy, która likwiduje autorytet rodziców oraz podstawowe prawa rodziny i przekazuje urzędnikom narzędzie niekontrolowanej ingerencji i rozbijania rodzin

Jest to efekt działalności lobby wyznawców kolejnej utopii – wychowania bezstresowego. Tych utopii przeżyliśmy już trochę. Były piękne utopie społeczeństwa bezklasowego, świata bez wojen, perpetuum mobile czy kamienia filozoficznego. Pół biedy, gdy paru maniaków marnuje życie, szukając kamienia filozoficznego. Kiedy jednak zmuszono ludzi do budowy społeczeństwa bezklasowego, zmarnowane życia liczy się w setkach milionów.

Tylko ideologiczne zaślepienie może spowodować mylenie karcenia dziecka, na przykład klapsem, od jego katowania. To tak jak mylenie wina do obiadu z ciągiem alkoholowym.  A argumentacja, że każdy ze znęcających się nad dziećmi zaczynał od klapsa, ma taką samą wartość jak – by trzymać się analogii -  uzasadnianie prohibicji tym, że każdy alkoholik zaczynał od jednego piwa.

Ale nie tylko o klapsy tutaj chodzi. Oficjalna interpretacja stwierdza jednoznacznie, że przemocą w rodzinie jest też krytykowanie, ograniczanie kontaktów, zawstydzanie i narzucanie własnych poglądów, czyli praktycznie wszystkie środki, jakie rodzice stosują i stosować powinni. Cóż pozostaje, by, na przykład, wyperswadować malcowi sięgnięcie po alkohol? Tylko uprzejma prośba o zaprzestanie tego procederu, jakkolwiek bez uwag, że picie alkoholu przez dzieci jest złe, bo to byłoby już krytykowanie, zawstydzanie i narzucanie własnego poglądu.

Jak można nauczyć dziecko, co jest dobre a co złe, bez krytykowania, zawstydzania i ograniczania kontaktów, gdy dziecko schodzi na złą drogę?  Najwyraźniej autorzy ustawy chcą siłą zmusić  rodziców do stosowania zasady „róbta co chceta” a potem sie nie dziwta, co z dziecków wyrasta. Jeśli dziecko w domu nie nauczy się odróżniać dobra od zła, to kiedy? Później już tylko resocjalizacja z wiadomym skutkiem.

Zaprowadzenie dziecka do kościoła, będzie ewidentnym narzucaniem własnych poglądów i urzędnik zabierze dziecko, by chronić je przed przemocą. W roku 1929. w Związku Sowieckim rozpoczęto kampanię walki z wychowaniem religijnym w rodzinie, ograniczając znacznie i tak już niezbyt duże prawa rodziców. Kampania przebiegała pod hasłem walki z „przemocą wobec dziecka”. Dla bolszewików jasne było, że wychowanie religijne jest formą przemocy. Zbieżność nazw i argumentacji nie wydaje się być przypadkowa.

Zaiste, dwie są nieskończone rzeczy na tym świecie: Boże Miłosierdzie i ludzka głupota. I tylko tym tłumaczyć można ślepe głoszenie teoryjek wychowawczych sprzed 30 lat, bez oglądania się na konsekwencje, jakie wprowadzone rozwiązania przyniosły w krajach, które wcześniej je przyjęły. Tam doprowadzono do rozbicia rodziny i uzależnienia jej egzystencji od widzimisię urzędników, zatomizowano społeczeństwo, zerwano więzi międzypokoleniowe a młodzież wzrasta w poczuciu bezkarności i braku obowiązków. Coraz głośniej tamtejsi psycholodzy mówią więc, że należy nakreślić dzieciom granice, karać je i nagradzać. Pojawiły się nawet badania dowodzące korzystnego wpływu klapsów, stosowanych w określonym wieku dziecka,  na jego rozwój. O tym nasi spece od wychowania jeszcze nie mówią. Pewnie nie przetłumaczono tych książek.

Mam, graniczące z pewnością, podejrzenie, że większość z tych obrońców dzieci wychowywanie dziecka zna jedynie z książek i to tych nie najnowszych. Zadziwiające jest, że to, do czego powoli dochodzą pedagodzy na Zachodzie, znają przeciętni, nawet niezbyt wykształceni rodzice. Znali to również ich rodzice i rodzice ich rodziców. A sprowadza się to do maksymy powtarzanej przez mojego nieocenionego ojca: „Dzieci należy wychowywać sercem i pasem”. Dokładnie w tej kolejności. By uprzedzić politycznopoprawne oburzenie, wyjaśniam, że normalny rodzic nie ma żadnej przyjemności w karaniu dziecka. Przeciwnie, zdecydowanie bardziej woli dziecko chwalić i nagradzać niż karać. Wymierzony klaps bardziej boli rodzica, niż ukaranego. By to wiedzieć, nie trzeba czytać mądrych ksiąg, wystarczy mieć dzieci.

Widok płaczącego, ukaranego malca chwyta za serce i budzi oburzenie. Wychowanie dziecka nie może jednak kierować się emocjami. Należy ruszyć mózgiem i uzmysłowić sobie, jakie konsekwencje dla przyszłości  dziecka niesie pobłażliwość jego rodziców. Odpowiedzialny rodzic powinien więc karać dziecko wtedy, gdy jest to konieczne, nawet gdy mu się serce kraje.

Przed takim postępowaniem rodzica chroni dziecko wchodząca w życie ustawa. Urzędnik wkroczy i dziecko zabierze. Właśnie - urzędnik. Nowelizacja ustawy wprowadza bardzo istotną i brzemienną w skutkach zmianę: odebranie tej decyzji  sądom i przekazanie  jej urzędom. Sędziowie rozliczani są z ilości rozstrzygniętych spraw, bez względu na to, jakie są te rozstrzygnięcia. Urzędnicy z kolei muszą dbać o wykonanie jak największej liczby interwencji, by uzasadnić  istnienie ich Bardzo Ważnego Urzędu i swoich etatów. Ważniejsze jest jednak to, że sądy, ferując wyroki, kierować się powinny dobrem dziecka, prawem i sprawiedliwością, urzędnicy natomiast zobowiązani są realizować politykę państwa. A to mogą być dwie różne rzeczy.

Głośny był przed kilku laty przypadek Polki, mieszkającej w jednym z państw skandynawskich, matki chorego dziecka, którą odpowiedni urząd oskarżył o niewłaściwe się nim zajmowanie. Dziecko zabrano matce i przekazano jakiemuś alkoholikowi czy narkomanowi w ramach jego terapii i resocjalizacji. Tenże ćpun czy pijak opiekował się dzieckiem jak potrafił. W efekcie zmarło. Dziecko potraktowane zostało przedmiotowo, jako środek realizacji innych celów i zaspakajania potrzeb.  Urzędnicze sumienia pozostały jednak czyste – wszystko odbyło się zgodnie z przepisami. Znane są również przypadki odbierania dzieci emigrantom, gdy w domu nie mówi się w języku urzędowym. W urzędniczym mniemaniu przeszkadza to integracji.

Oczywiście ustawa zapewnia sądową kontrolę takich działań. Doświadczenia, choćby z pobliskich Niemiec, wskazują, że to fikcja. Sądy zwykle przyznają rację urzędom. I to nie ze złej woli. Rodzic, któremu przyjdzie udowadniać niewinność, stoi na straconej pozycji, gdy strona przeciwna przytoczy dowody w postaci np. zeznań sąsiada, który słyszał płacz dziecka (ewidentna przemoc). A dziecko ryczało, bo tata nie kupił najnowszego gadżetu lub nie pozwolił oglądać filmu dla dorosłych. Może też zeznać znajoma, której, by dostać coś dobrego, malec poskarżył się, że mama nie dała mu nic do jedzenia (przemoc ekonomiczna). Może też zeznawać dziecko. Dzieci potrafią konfabulować i kłamać. Świadomie, by zemścić się za niespełnianie zachcianek lub nieświadomie. I nie dlatego, że są złe. Dlatego, że są dziećmi i nie potrafią jeszcze odróżnić prawdy od fałszu ani pojąć konsekwencji swoich zachowań.

Podejrzanym rodzinom zakłada się Niebieską Kartę a postępowanie w tej sprawie prowadzone jest z pogwałceniem zasad obowiązujących w cywilizowanym państwie prawa. Wszczęcie postępowania następuje na podstawie donosu, choćby fałszywego. Od tego momentu, bez wiedzy podejrzanego, zbierane są informacje na temat jego życia prywatnego, w tym o sprawach tak intymnych jak stan zdrowia czy zachowania seksualne. Tak nie traktuje się nawet poważnych przestępców! A po zebraniu informacji, urzędnicy mogą zdecydować o odebraniu dziecka. Oczywiście dla jego dobra

Dając takie uprawnienia zespołowi urzędników Wysoki Sejm zapomniał o jednym. Żaden, nawet najlepiej wyposażony ośrodek opiekuńczy, zatrudniający najlepiej wykształcony personel, nie zapewni dziecku tego, co ma w swojej rodzinie – miłości. Tego trudno definiowalnego uczucia, które scala rodzinę nawet, jeśli przejawia się w formach odbiegających od urzędniczych norm. To miłość powoduje, że rodzice poświęcają swój czas, energię i pieniądze dzieciom, zwykle kosztem swojego prywatnego interesu. Dzieci też kochają swoich rodziców, również pijącego ojca czy niezaradną matkę. Nie piszę tu o skrajnej patologii, tylko o rodzinach mieszczących się w szeroko pojętej normie, bo przeciw nim wymierzona jest ustawa.

Miłość w rodzinie nie jest pojęciem stosowanym w postępowaniu administracyjnym, nie jest więc przeszkodą w odebraniu dziecka pod byle pretekstem. Ustawodawca nie zastanowił się nad tym, że rodzina jest dla dziecka całym światem a konieczność opuszczenia jej traumą nieporównywalną z krótkim bólem po klapsie. By się o tym przekonać, wystarczy obserwować mamy z dziećmi w sklepach lub parkach. Gdy nie mogą poradzić sobie z rozbrykanym malcem, mówią: „Bo cię pan zabierze”. Skutkuje bezbłędnie.

Nic gorszego dla dziecka od znalezienia się w obcym środowisku bez taty i mamy. Trzeba być nienawidzącym dzieci sadystą, by uchwalić prawo, które za rzeczywiste lub – częściej – urojone przewinienia dorosłych tak okrutnie karze dzieci. Inicjatorzy tej ustawy tak naprawdę nie dbają o dzieci. Kochają jedynie swe wyobrażenie o sobie jako poprawnych politycznie, światłych krzewicielach postępu.

Ustawa o przemocy w rodzinie to nie jeden z wielu bubli prawnych. To prawo, które decyduje o przyszłości naszego narodu lub, jak kto woli, społeczeństwa. A jeśli ktoś nie lubi wielkich słów i razi go zbytni patos, radzę, by pomyślał o swojej osobistej przyszłości. Jeśli wychowamy pokolenie samolubów, nieograniczanych i nieograniczających się w dążeniu do własnej przyjemności i nieznających takich pojęć jak powinność i zobowiązanie, na starość wylądujemy na śmietniku.

Każdy, komu nieobojętna jest przyszłość naszego kraju i naszych dzieci, powinien dążyć do uchylenia tego prawa. Każdy dzień jego obowiązywania może oznaczać tragedię kilku rodzin.
2010-08-26

Dodaj swój komentarz

Nick / imie:
 
Komentarze
pracownik socjalny 2010-09-08 13:53:29
pieknie Pan to przytoczył, ale niestety realia naszej pracy, to nie zawsze procedury i często nie tylko oparcie się na kodeksach itd., ale sto razy bardziej potrzebna intuicja, która niejednokrotnie bardzo się przydaje, ale może równiez zaszkodzić; nowe zapisy znam i generalnie nie trzeba mi ioh przytaczać (ale pewnie innym się przyda), a tak poza tym to polemika na ten temat raczej nie ma więskzego sensu, gdyz ja przytaczam faktyczną pracę pracownika. kto nie popracuje w "Urzędzie Nadzoru" to nie uwierzy jak jest naprawdę,a media już wyrobiły nam piękną opinię, którą zreszta Pan nie omieszkał przytoczyć!jak nie ma winnego, to zawsze winnym można zrobić Pracownika Socjalnego!
Zbigniew Kopczyński 2010-09-06 09:43:53
Do Pracownika Socjalnego: Obawiam się, że pisze Pan o procedurach opartych na starym brzmieniu ustawy, o których pojęcie mam rzeczywiście dość średnie. Zmiany wprowadzone nowelizacją wyglądają jednak tak, jak napisałem. Poniżej dodany w nowelizacji art. 9d: 1. Podejmowanie interwencji w środowisku wobec rodziny dotkniętej przemocą odbywa się w oparciu o procedurę "Niebieskie Karty" i nie wymaga zgody osoby dotkniętej przemocą w rodzinie. 2. Procedura "Niebieskie Karty" obejmuje ogół czynności podejmowanych i realizowanych przez przedstawicieli jednostek organizacyjnych pomocy społecznej, gminnych komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, Policji, oświaty i ochrony zdrowia, w związku z uzasadnionym podejrzeniem zaistnienia przemocy w rodzinie. 3. Przedstawiciele podmiotów, o których mowa w ust. 2, realizują procedurę "Niebieskie Karty" w oparciu o zasadę współpracy i przekazują informacje o podjętych działaniach przewodniczącemu zespołu interdyscyplinarnego. 4. Wszczęcie procedury "Niebieskie Karty" następuje przez wypełnienie formularza "Niebieska Karta" w przypadku powzięcia, w toku prowadzonych czynności służbowych lub zawodowych, podejrzenia stosowania przemocy wobec członków rodziny lub w wyniku zgłoszenia dokonanego przez członka rodziny lub przez osobę będącą świadkiem przemocy w rodzinie. 5. Rada Ministrów określi, w drodze rozporządzenia, procedurę "Niebieskie Karty" oraz wzory formularzy "Niebieska Karta" wypełnianych przez przedstawicieli podmiotów realizujących procedurę "Niebieskie Karty", mając na uwadze skuteczność działań wobec osób dotkniętych przemocą w rodzinie i dobro tych osób." Jak Pan widzi w p.1 pisze wyraźnie, że założenie Niebieskiej Karty odbywać się może bez zgody nie tylko podejrzanego (co byłoby absurdem) lecz takźe domniemanej ofiary. Z kolei p.4 mówi, że powodem podjęcia procedury może być zwykły donos, choćby i fałszywy (nie ma żadnej wstępnej weryfikacji zgłoszenia). Jeśli więc ktoś złośliwy doniesie na Pana, że bije Pan żonę, to założą Panu Niebieską Kartę i nawet Pańska żona nie będzie wiedzieć, że jest ofiarą przemocy w rodzinie. Wierzę Panu, że pracownicy też mają serca, przynajmniej w zdecydowanej większości. Niemniej prawo w państwie praworządnym musi przewidywidać inną sytuację i zapewniać ochronę praw obywateli na wypadek nadużywania swej władzy przez funkcjonariuszy tegoż państwa. Policjanci, prokuratorzy i sędziowie też mają serca a jednak prawo wymaga od nich zapewnienia podejrzanemu przysługujących mu praw. Proszę porównać procedury opisane w np. kodeksie postępowania karnego lub kodeksie postępowania administracyjnego z omawianą ustawą. Tu podejrzany nie ma żadnych praw i dlatego uważam tę ustawę za odpowiednią dla państwa totalitarnego. A określenie Urząd Nadzoru Socjalnego przyszło mi na myśl, gdy usłyszałem o kilku głośnych przypadkach podobnych do przytoczonego, gdzie zastosowano represję zamiast pomocy. Możliwe, że wynikało to nie tyle ze złej woli pracowników socjalnych lecz właśnie z procedur, do których musieli się stosować. Ale, jak wspomniałem, na temat szczegółów obowiązujących procedur trudno mi się wypowiadać. Podsumowując: tworząc prawo, nie można jedynie kierować się emocjami i - skądinąd słusznym - pragnieniem zapobieżeniu złu oraz uciszać krytykę demagogicznym oskarżeniem o chęć bicia dzieci. Należy na chłodno analizować skutki, jakie konkretne zapisy mogą wywołać. A mogą być one zupełnie odmienne od zamierzonych.
pracownik socjalny 2010-09-02 21:37:56
jedno chyba ważne zdanie- pracownicy socjalni to też ludzie! my nawet mamy serca! i proszę mi wierzyć 40 (tys.) razy prezmyślimy kazdą sprawę i wybierzemy "mniejsze zło" oczywiście dla dobra dziecka!to co tu czytam nie jest zgodne z prawdą, aż przykro to czytać, jawimy się w oczach ludzi jako najgorsi!ta ustawa nie daje nam wiecej praw niż mieliśmy. skad ten Urzad Nadzoru Socjalnego???!!!autor tekstu musi poczytać sobie o procedurach, bo przede wszytskim nikomu nie założy sie Niebieskiej Karty bez jego zgody to po pierwsze, ale radzę zacząć od przeczytania, czym jest Niebieska Karta- kiedy się ją zakłada i w jakim celu?!
Zbigniew Kopczyński 2010-08-30 14:45:12
Pani Jago, polemizuje Pani z tezami, których nie napisałem. Wyraźnie odróżniłem karcenie dzieci od ich katowania. Nie spotkałem dziecka, które spuchłoby od klapsa. A sam klaps jest czasami niezbędny. Dziecko jest dzieckiem, potrafi wpaść w histerię czy amok i trzeba nim wstrząsnąć, nim zrobi krzywdę sobie lub innym. A poza tym, kara nie musi być koniecznie karą cielesną. Często wystarczy ograniczenie przyjemności ? a tego także zabrania nowe prawo. Kara, by osiągnąć skutek pedagogiczny, powinna być, w miarę możliwości, natychmiastowa (choćby w sensie jej określenia) i odpowiednia do winy i stopnia świadomości dziecka a nie stanu emocjonalnego rodzica. Poza tym, dziecko powinno dokładnie wiedzieć, za co zostało ukarane. To wyważenie kar (a również i nagród) wymaga powściągnięcia emocji i jest właśnie odpowiedzialnym wychowaniem. Jest to oczywiście ideał i rodzice popełniają błędy, tak jak i najlepszy kierowca przekracza czasem przepisy. Niemniej generalnie ci niedoskonali rodzice wychowują dzieci lepiej niż robiliby to, chcący ich zastąpić, urzędnicy. Po raz kolejny podkreślam, że nie piszę tu o rodzinach, gdzie tatuś czy mama odreagowują swoje flustracje bijąc dzieci gdzie popadnie. Pani argumentacja jest ? mam nadzieję nieświadomie ? charakterystyczna dla argumentacji inicjatorów ustawy. Cała ich perfidia polega na tym, że pokazują patologiczne przypadki okrutnego traktowania dzieci a wprowadzają ustawę godzącą w zupełnie normalne rodziny, zakazującą stosowania prawie wszystkich środków wychowawczych. I nie o klapsy tutaj chodzi, tylko o to właśnie: ?krytykowanie, zawstydzanie, narzucanie własnego poglądu, ograniczanie kontaktów, krytykę zachowań seksualnych?. To mniej więcej tak, jakby, epatując tragicznymi efektami piractwa wariatów drogowych, odbierać dożywotnio prawo jazdy każdemu, kto źle zaparkował, a raczej podejrzanemu o złe zaparkowanie. Ustawa jest zbędna, gdyż dotychczas obowiązujące prawo zabrania okrutnego traktowania kogokolwiek, w tym oczywiście dzieci, i przewiduje odpowiednie sankcje i procedury. Należałoby pomyśleć raczej o usprawnieniu jego egzekwowania. Austryjacki zwyrodnialec, który latami więził i gwałcił swoją córkę, usłyszał wyrok po trzech miesiącach, przy zachowaniu wszelkich praworządnych procedur. A w Polsce? I proszę nie łudzić się, że ustawa poprawi los dzieci z rodzin patologicznych. Tam urzędnicy zaglądają niechętnie, by samemu nie oberwać. Swą władzę zastosują wobec tych, którzy bronić się nie będą, jak ci biedacy z wielkopolskiej wsi, którym odebrano dziecko, bo urzędniczka stwierdziła brak porządku na stole. Nawiasem mówiąc, urzędniczce nie przyszło do głowy, by kobiecie w połogu po prostu pomóc posprzątać. Byłoby to i tańsze i bardziej ludzkie. Cóż, na naszych oczach, również dzięki omawianej ustawie, Ośrodki Pomocy Społecznej przekształcają się w Urzędy Nadzoru Socjalnego. Na działaniach określonych w ustawie specgrup ucierpią również ci, na których ktoś uprzejmie złoży fałszywy donos lub którzy narażą się lokalnym władzom. Ustawa daje duże możliwości bezkarnego skomplikowania takim delikwentom życia. Proszę jeszcze o zwrócenie uwagi na totalitarny charakter tej ustawy, łamiącej podstawowe zasady cywilizowanego państwa prawa, zasady obowiązujące w państwach praworządnych od ładnych kilkuset lat. Są to m. in. prawo do sądu i do obrony. Jeśli popełni Pani nawet poważne przestępstwo, to śledczy, prowadząc przeciw Pani dochodzenie, będą ograniczani określonymi przez prawo karne procedurami, szczególnie jeśli chodzi o Pani prawa i dostęp do niektórych informacji. Tutaj wystarczy byle donos, jaki specgrupa może napisać sobie sama, by mogła ona bez Pani wiedzy zbierać informacje jak Pani lubi, z kim i jak często oraz otrzymać od lekarzy wszelkie informacje o Pani stanie zdrowia. Jeśli pokłóci się Pani, dajmy na to, z sąsiadem o butelkę wódki, to może się Pani (lub sąsiad) odwołać do sądu, wynająć adwokata, przedstawić swoje racje, przytoczyć dowody i powołać świadków a sąd wyda wyrok po wnikliwym zważeniu wszystkich okoliczności. I dopiero wtedy może komornik odebrać sąsiadowi (lub Pani) sporną butelkę. Tutaj, gdy chodzi o przyszłość dziecka, wszystko odbywa się ?sprawniej?. Specgrupa jest zarazem prokuratorem, sędzią i komornikiem a o jej decyzji i całym postępowaniu dowie się Pani w momencie egzekucji, czyli odebrania dziecka. Czysty bolszewizm. I nie o ochronę dzieci w tej ustawie chodzi, lecz o ubezwłasnowolnienie rodziców i przejęcie przez państwo monopolu na wychowanie według jednego, słusznego wzorca, czyli kolejnej utopii stworzenia następnej wersji nowego człowieka. Tak naprawdę spór nie toczy się o to, czy wolno bić dzieci, lecz o to, czy jakieś prawa pozostaną nam, obywatelom, wobec wszechwładzy państwa.
SilentiumUniversi 2010-08-28 08:52:53
@Jaga Ustawa jest zła, bo zawiera elementy które będą służyć do niszczenia normalnych rodzin, podczas gdy, jak pokazuje stan obecny (z naruszeniem dotychczasowego prawa), rodzice patologiczni są tolerowani. Nowa ustawa akurat w tej kwestii nic nie zmienia. Tu jest zonk.
Rafał Sudoł 2010-08-27 21:41:08
Pani Jago, napisała Pani, iż "Wychowanie to misja i od naszej dojrzałości i odpowiedzialności zależy jak ją wypełnimy i jakie będa jej owoce." Zgadzam się z Panią w 100%, tylko właśnie problem tej ustawy polega na tym, że w tej misji wychowawczej Państwo nas chce ograniczyć. Chciałbym żyć mimo wszystko w kraju, który do swoich obywateli ma trochę więcej zaufania. Zwłaszcza obywateli, którzy prezentują zdrowy rozsądek w wychowywaniu swoich pociech.
Jaga 2010-08-27 17:24:11
"Należy ruszyć mózgiem i uzmysłowić sobie, jakie konsekwencje dla przyszłości dziecka niesie pobłażliwość jego rodziców. Odpowiedzialny rodzic powinien więc karać dziecko wtedy, gdy jest to konieczne, nawet gdy mu się serce kraje." I jak rozumiem lać i patrzeć czy doopa równo puchnie tak?? Ta ustawa zawiera błędy, ale nie jest zła do szpiku kości. Ma bronić tych, którym dzieje się krzywda w postaci utrzymującej się długotrwałej przemocy domowej i takim rodzicom, którzy nie dorośli do posiadania i wychowywania dziecka owa ustawa ma przypominać z jakimi konsekwencjami mają się liczyć. Odpowiedzialny rodzic i rodzic świadomy kim jest mały człowiek zrodzony z jego krwi nie podniesie ręki na swoje dziecko i będzie poszukiwał mądrych metod wychowawczych, a nie karał dziecko klapsem na środku ulicy za swoją ciekawość. Względem takich rodziców ta ustawa nie stanowi zagrożenia. Wychowanie to misja i od naszej dojrzałości i odpowiedzialności zależy jak ją wypełnimy i jakie będą jej owoce.
Rodzic 2010-08-27 15:36:07
Płakać się chce....
Rafał Sudoł (www.rafalsudol.eu) 2010-08-27 12:38:27
Dziwi mnie w tym wszystkim milczenie Kościoła, który jako strażnik integralności rodziny, nie zabiera głosu w sposób zdecydowany. O zdecydowaniu w sprawie krzyża pod pałacem Prezydenckim już nie wspominam, bo to nie ten temat. Problem polega na tym, że my nie mamy złego prawa, tzn. nie mieliśmy, bo teraz niestety mamy. Problem polega na tym, że jakie by to prawo nie było, nie ma w naszym Państwie, woli jego egzekucji. Skuteczność prawa jest podstawą dobrego funkcjonowania każdego Państwa. Skuteczność oczywiście dobrego prawa, którego w tym przypadku jest w naszym prawodastwie coraz mniej. Milczenie Kościoła, biskupów i duchowieństwa jest niestety niemą akceptacją tego złego stanu rzeczy, który zaistniał od 1 sierpnia. Dlaczego Kościół milczy? Być może nie chce, aby odbierano jego głos, jako element wsparcia którejś z partii w kampanii samorządowej. Tylko, że waga problemu, jaki zaistniał jest wyjatkowo duża i nie może tu być usprawiedliwienia dla milczenia. W czasach komunistycznych, kiedy upominanie się o dobro obywateli mogło kosztować nawet życie, nie brakowało głosu hierarchów kościoła. Dlaczego teraz, kiedy mamy wolność słowa, księża milczą? Prawo, które uchwalono dotyka bezpośrednio rodzinę w sposób bezprecedensowy. Kościół a także my jako jego członkowie, winniśmy wstydzić się obojętności w tym temacie, udając, że nas nie dotyczy. Dotyczy każdego, kto prędzej czy później założy rodzinę, i będzie chciał wychować swoje dzieci. Czy Państwo takiej osobie pozwoli na wychowanie swoich dzieci według swoich przekonań i zasad? Niestety nowe prawo nie uchroni dzieci z rodzin patologicznych przed przemocą, maltretowaniem, poniżaniem. A zdrowym rodzinom napsuje sporo nerwów, gdyż niestety ustawa ta jest bardzo ogólnikowa i nieostra. Zbyt wielkie pole dla interpretacji, może pozwolić na nadinterpretacje. Szkoda tylko, że kosztem najmniejszych naszych obywateli.
SilentiumUniversi 2010-08-27 10:34:17
No właśnie. Już stara ustawa umożliwiała zrobienie z gościem porządku, a nową on też ma też w głębokim poważaniu. Za to dwa dni temu widziałem w TV III reportaż o rodzinie, której odebrano dziecko na mocy starej ustawy. W uzasadnieniu sąd podał że "rodzice byli zbyt religijni". W necie jest to w wielu miejscach np http://www.papilot.pl/article/9594/Sad-zabral-dziecko-rodzicom-bo-byli-zbyt-religijni.html
tata 2010-08-27 09:08:12
Ma Pan wiele racji, ale wydaje mi się, że przedstawia Pan problem w sposób zbyt uproszczony. Jak sądzę, jest Pan dobrym ojcem, który kocha swoją rodzinę i na ogół panuje nad emocjami. Dlatego klaps (jeśli się zdarza) wymierzony dziecku nie będzie dla niego traumatycznym przeżyciem, a interwencja państwa byłaby w tym przypadku absurdem. Wiem też, że są rodziny w których mimo codziennych awantur i płaczu ostatecznie zwycięża miłość. Państwo nie może do takich domów wchodzić z butami i rozstrzygać wszystkiego za pomocą paragrafów. Ale jest też druga strona medalu. Są domy, w których rozgrywają się tragedie, są dzieci które nie przesypiają spokojnie jednej nocy i są żony, które modlą się o śmierć męża oprawcy. Polskie państwo ma to w nosie! I to bez względu na to, czy ustawa jest taka czy siaka. Kilka dni temu wezwałem policję, bo pijany sąsiad po raz kolejny tłukł swoją matkę i dziecko. Kiedy zapytałem, co będzie się dalej działo z tą rodziną i czy delikwent poniesie jakiekolwiek konsekwencje, policjant wzruszył bezradnie ramionami i stwierdził: "będziemy monitorować". Co do cholery monitorować?! Czy krzyki są wystarczająco głośne albo czy dzieciak ma odpowiedniej wielkości sińce? Awantury oczywiście trwają dalej, a nową ustawę to mój sąsiad ma w d... Podobnie zresztą jak dotychczas obowiązujące przepisy, których w naszym państwie nikt nie potrafi egzekwować. Reasumując: ja także uważam, że nowa ustawa niczego dobrego nie wniesie, a w rękach naszych urzędników może wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku. Ale nie zwalniajmy państwa od odpowiedzialności za los maltretowanych dzieci. Bo jeśli nie państwo, to kto ma zapewnić im bezpieczeństwo i przerwać ich gehennę?